Mój wpis z początku 2016 roku jest już lekko nieaktualny. Może, nie, nieaktualny to za wiele powiedziane. Wciąż kocham te albumy, jednak po drodze wyszły dwa nowe, twórców jakich tam opisałem. A jako, że za pułap dałem sobie jeden album na twórcę, który najczęściej i najlepiej mi się słucha, wymaga to lekkiej modyfikacji. Dlatego postanowiłem napisać drugi taki ranking, 5 albumów, których na daną chwilę, najczęściej słucham...
1. Miuosh - POP
Miłosz od 2014 roku wyraźnie zaczął skręcać w bardziej ambitne brzmienia. I choć "Pan z Katowic" w ogóle mi nie przypadł, trzeba przyznać, że był to ogromny krok w jego rozwoju jako artysty. "Ulice bogów" (o których pisałem w poprzednim wpisie) były jakby krokiem dalej. Ale album "POP" - wydany 17 marca 2017 roku - jest jakby... kolejnym skokiem w rozwoju, lecz w innym kierunku. Wciąż jest to dojrzały twór, to nie tak, że zaznaczam tę drogę bez powodu. Lecz jest coś co sprawia, że wyróżnia go spośród wszystkich wydawnictw do tej pory. Nie brzmi jak album rapera. W dobie letargu każdego starego wyjadacza sceny, lub "rozwoju" w stronę trapowych brzmień, Miłosz jakby cofnął się. Nie robi czegoś co brzmi modnie. Wręcz przeciwnie. Czuć chęć połączenia lat 70 i 80 z współczesnością. I pasuje to idealnie. I choć ma to wciąż strukturę jak rap krążki, bliżej mu do alternatywy. Odważny krok, lecz widać, że przemyślany. Postawił wszystko na jedną kartę. "Zrobię coś co mi się podoba, co ja czuję, nie tego co jest modne i co oczekują fani". Nie wiem czy tak sobie faktycznie powiedział... ale tak to wygląda. Szanuję mocno i słucham minimum raz na tydzień w całości. Kocham ten styl i to brzmienie... cały album i mam nadzieję, że to dopiero początek i że nie zboczy już z tej drogi.
Zdecydowanie pasuje do letnich, nocnych, przejażdżek bezcelowych przez miasta...
Ulubione utwory: Neony, Perseidy, Koniec, Nisko, Tramwaje i gwiazdy, Traffic, Tu
2. Deftones - Koi No Yokan
Zarówno ten, jak i poprzedniczka, mogę zaliczyć do ulubionych albumów Deftones. Długo więc zastanawiałem się który wybrać. "Przeczułem jednak miłość" do tego (weźcie sprawdźcie co oznacza tytuł, bo inaczej ten żart nie ma sensu...). To dobra analogia, bo już po pierwszej zapowiedzi, jaką był utwór "Leathers", czułem, że album, który został wydany 12 listopada 2012 roku, może być ich najlepszym w dorobku. I faktycznie, pod względem spójności brzmienia, wydźwięku artystycznego, głębi i intymnej namiętności płynącej z melodii, uważam, że jest to ich najlepszy twór. Ocieka wręcz w całości tym co zawsze charakteryzowało i wyróżniało Deftones ze wszystkich kapel. Niestety ich następny album w ogóle nie przypadł mi do gustu. Dlatego powracam dość często do starszych, ale w szczególności do tego. Mam niestety obawy, że drugi taki krążek im się już nie trafi. Choć po cichu liczę na to, że się mylę...
Zdecydowanie pasuje mi do takich nocnych wycieczek miejskich, jak poprzednik, lecz w okresie takiego przełomu między latem a jesienią. Deftones, ich muzyka, zawsze kojarzyła mi się z takimi upałami, zaduchem, brakiem klimatyzacji w aucie, gdzie jedziesz już trzy godziny, 100km i pot spływa Ci po skroni. To jedyny album, który mi bardziej pasuje do nocy i niepokojącego chłodu wiatru w upalnym wciąż powietrzu.
Ulubione utwory: Swerve City, Leathers, Entombed, Tempest, Rosemary
3. Red Hot Chili Peppers - Stadium Arcadium
Uwielbiam wszystkie albumy papryczek stworzone z Johnem Frusciantem na gitarze, ale zdecydowanie najbardziej przemawia do mnie ich wspólne ostatnie dzieło, które ukazało się 8 maja 2006 roku. Przede wszystkim ze względu na długość... 28 utworów! Styl to wciąż mieszanka jazzu, rocka i funku. Ale trzeba przyznać uczciwie, że na tle podobnych i starających się usilnie być podobnymi, kapel, akurat Red Hotsi brzmią... unikatowo. Co tu dużo mówić... nie znam osoby, która by ich nie znała, także każdy wie jak się prezentują.
Fajny album na dłuższe podróże... relaksuje, stres może zniknąć a i czas wtedy szybciej ucieka. Takie podróże gdzieś w Kujawsko-Pomorskie rejony, w letnie długie wieczory...
Ulubione utwory: Dani California, Snow (Hey Oh), She’s Only 18, Strip My Mind, Desecration Smile, She Looks To Me
4. Rob Zombie - The Sinister Urge
Bardzo jestem zły na siebie, że tyle lat bagatelizowałem istnienie tego człowieka. Wiedziałem, że jest, że nagrywa, co nagrywa... ale nigdy nie wpadłem na pomysł przesłuchania więcej niż kilku utworów. I gdyby nie pewien nocny wieczór letni z grą FlatOut 2 i trzecim piwem, słysząc w grze "Demon Speeding", nie wpadłbym na to by przesłuchać cały album... I w kolejne 5 dni zapoznałem się z całą dyskografią. Nie uważam tej płyty za najlepszy wytwór, ale całościowo, tylko ta i dwie ostatnie trafiają do mnie. Czemu zaś ta - wydana 13 listopada 2001 roku? Przede wszystkim za dużo cięższe brzmienie niż na innych już wydawnictwach. Za w miarę spójny twór, który rozkłada akcenty energii mniej więcej po równo przez całą długość. Za brudne brzmienie gitar przeplatane z do granic możliwości syntezatorycznym (?) keyboardem. Za gościnny występ Ozzyego, którego nie znoszę, a który tutaj wpadł tak dobrze w melodie, że w ogóle mnie nie irytuje. W każdym razie, jak to mówią - lepiej późno niż wcale i zamierzam śledzić raczej na horyzoncie, czy czasem nie pojawi się coś nowego od tego Pana, bo zdecydowanie będzie warte to osłuchania.
Bardzo mroczna nam ta lista chyba się zrobiła jeśli kolejny album pasuje mi do jazdy w nocy... ale tym razem nie po mieście, a na dłuższe trasy. Szybka, energiczna jazda w nocy, w lato... tak... to będzie to... chociaż niejednokrotnie w dzień, też miło mi się przy tym jechało... ważna jest prędkość, przy tym nie można po prostu zamulać!
Ulubione utwory: Demon Speeding, Dead Girl Superstar, Iron Head, Feel So Numb, Bring Her Down (To Crippletown), Scum of the Earth
5. KoЯn - The Serenity of Suffering
No i to jest to drugie wydawnictwo zespołu, które podmieniłbym w pierwszym wpisie. Bowiem od 21 października 2016 roku, gdy wyszedł ten album, do dnia dzisiejszego, potrafię go niemal codziennie minimum raz przesłuchać. Początkowo po "Rotting in Vain" nie spodziewałem się aż tak dobrego wydawnictwa, raczej powątpiewałem. Myślałem, że rzucają ot całkiem przyjemny kawałek by skusić, a reszta będzie średniawa, jak to miało miejsce w przypadku "The Paradigm Shift". Gdy wyszedł "Insane" byłem lekko w szoku, no bo kurde, dawno tak dobrego utworu nie nagrali. "A Different World" raczej mnie zawiodło swoją prostotą i wtórnością, a "Take Me" utwierdził w tym, co myślałem na samym początku. Lubię wszystkie te 4 single... ale jakże się cieszę, że nie miałem racji! Ta płyta jakby miała dwie kategorie utworów. Pierwsze to wspomniane wcześniej single (minus "Insane", za to z "Next in Line"), które widać, że robione raczej pod promocję płyty, choć nie odbiegające aż tak bardzo od całości brzmienia albumu. Druga zaś to wszystkie pozostałe utwory (tu dodać "Insane"), które demonstrują zdecydowanie najwyższy poziom kompozycji jaki zespół do tej pory prezentował. Ustalmy jedną rzecz - nie jest to ich najlepszy album, w swojej karierze mają dużo lepsze utwory od wszystkich tutaj... ale w swojej karierze, miejscu gdzie teraz są, gdzie już od kilku dobrych lat przestali być prekursorami, przestali przecierać szlaki i zaczęli zjadać własny ogon... SOS jest powiewem świeżości. Nie świeżości w ich dorobku, ale światłem nadziei, że kolejne wydawnictwa będą szły w taką tonacje, w taki dźwięk, w taki ubiór. Bo jest to ich zdecydowanie najdojrzalsze wydawnictwo. Nie czuć już takiego kryzysu wieku średniego, co przy "The Paradigm Shift" i "The Path of Totality", wymuszonych krzyków, co przy "The Paradigm Shift" i KIII. Jest mrok, jest ciężar, jest trochę zabawy w konstrukcji utworów, jest przede wszystkim wspomniana ta powaga... i faktycznie, jest to w pewien sposób ukojenie w cierpieniu. Bo album ma zdecydowanie depresyjny wydźwięk. Ale żeby mnie dołował, tak jak potrafią to robić inne utwory tego typu, to bym nie powiedział. W jakiś sposób porusza emocjonalnie... ale nie pogłębia bólu. I zdecydowanie z pełną odpowiedzialnością, mogę bez zastanowienia już stwierdzić, że jest to moje ulubione wydawnictwo ich. Na coś takiego długo czekałem... Gdyby tylko mógł być o jakieś dwa utwory dłuższy, przebolałbym już nawet wyraźnie odstające te single. Niestety, bonusowe utwory są dość słabe, a to jak na Korna, dość rzadka przypadłość. Pozmieniałbym też trochę kolejność utworów... ale... nie można mieć wszystkiego.
Zdecydowanie, nie wyobrażam sobie lepszych warunków w trakcie jazdy, niż taka sroga zima i noc. Nie mówię o śnieżycy. Niech pogoda będzie spokojna. Ale z minus 20 stopni i śniegu sporo. I można jechać... przed siebie. Byleby drogi były odśnieżone.
Ulubione utwory: Insane, Black is The Soul, The Hating, Everything Falls Apart, Die Yet Another Night, When You're Not There, Please Come For Me
Chyba trzeciej edycji już nie zrobię...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz