piątek, 3 lutego 2017

Sztuka kochania (3 w 3)

Sztuka kochania, albo jak kto woli: "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej" - film, którego premiera przypadła na 21 stycznia 2017 roku. Reżyserem jest Maria Sadowska, a za scenariusz odpowiada Krzysztof Rak... który chyba za bardzo wziął sobie do serca swoje nazwisko i zechciał zafundować raka wszystkim widzom... Recenzja:

Z góry przepraszam za ten żart. Nienawidzę tej nowo mody nazywania wszystkiego co złe rakiem. Ale w tym wypadku nie mogłem sobie tego odpuścić. Sztuka kochania bowiem to film tak zły, że gdyby mógł to dawał by raka ludziom na widowni. Ale od początku...

Skupię się najpierw na elementach technicznych... albo i nie, bo w zasadzie nie ma się na czym skupiać. Zostałem namówiony by na ten film iść do kina, bo wcale go w planach nie miałem. W zasadzie nic o nim nie wiedziałem. I gdy podczas intra, zobaczyłem logo "TVN Film" to od razu pogodziłem się z losem. Jasne już dla mnie było, że będzie to nic innego jak tania papka, w swoim rzemiośle po prostu poprawna, nie wnosząca nic do umysłu widza, a jedynie odprężająca na te niecałe 2 godziny, kiedy to można rozsiąść się wygodnie i wyłączyć mózg podczas odbioru. I w zasadzie w 90% miałem racje. 

Zdjęcia są ładne, ale brak im pomysłu. Wynika to po prostu z faktu nowej technologii. Nie potrzeba utalentowanego operatora. Sprzęt sam w sobie nadaje już ładną plastykę obrazowi... a jeśli mamy kogoś mizernego, nie nada ducha tej oprawie. I tak jest też i w tym filmie.

Muzyka... zakładam, że była przyjemna dla ucha, bo minęły raptem 3 dni, a ja już jej nie pamiętam. Czyli de facto nie była ani zapadająca w pamięć, ładna czy zjawiskowa, ani tym bardziej drażniąca, bo pewnie bym zapamiętał by to wytknąć.

Aktorsko... cóż... Arkadiusz Jakubik profesjonalnie, pytanie tylko co on tam robił. Kurwa, plany pomylił? Bo ja po przeczytaniu skryptu, mając taką rangę w świecie filmu, jak Pan Arkadiusz, za żadne pieniądze nie przyjąłbym angażu. Wyjątkowo dobrze zagrał również Pan Mecwaldowski, którego bym o taki akt nie podejrzewał. A Pani Magdalena Boczarska, czyli tytułowa Michalina Wisłocka... fenomenalnie. I to tyle. Reszta postaci (a raczej aktorów ich ogrywających) nie wychodzi poza swoją bezpieczną strefę, lub po prostu jest tak drewniana do bólu (patrz Pani Wasilewska i Pan Szyc), że wkurwia gdy tylko pojawia się na ekranie. 

Nie zapomnijmy jeszcze o montażu, który jest tak skopany, że wygląda jak praca dziecka w Movie Makerze na lekcje informatyki. Nie zrozumcie mnie źle, montaż jest zwyczajny, choć poprawny... ale brakuje... montażyście, konsekwencji w swojej pracy. Jakby nie mógł się zdecydować na jaki styl, jaki zabieg chce postawić. I tak raz dostajemy próbą szybkich cięć ogranie emocji u widza, raz mamy dziwną mieszankę warstw jakby wyjętą z sztampowych komedii romantycznych, a raz w ogóle zabawą światłem, kątem kamery i szczegółów w kadrze chcąc jakby nakreślić co dana bohaterka czuje, myśli i jak bardzo jest w tym wszystkim osamotniona... szkoda tylko, że akcja ta dzieje się na jebanej klatce schodowej i nic poza poręczami nie jest wstanie wypełnić kadru!

W ogóle sam film nie wie w jaką stronę chce podążyć... bo raz prezentuje nam dramat, raz komedie romantyczną, raz melodramat, by za chwilę dojebać erotyką. Erotyką tak obrzydliwie tanią i odpychającą... ale do tego zaraz dojdziemy. 
Zwyczajnie brak tu jakiegoś jednego nurtu, w którym film miałby się rozwijać. Jednej myśli przewodniej, która miała by nadać ton wypowiedzi dzieła. Wygląda to jakby z 6 osób postanowiło napisać scenariusz. Każdy napisał to samo, ale w innej stylistyce gatunkowej. Potem powyrywali fragmenty i posklejali w jedną całość. I nie mam nic przeciwko hybrydą. Ba, w dzisiejszych czasach ciężko zrobić oryginalny film, który byłby stylistycznie jednolity. Ale mówmy o hybrydach, a tutaj mamy po prostu sklejkę. 

Generalnie nie chcę się nawet zagłębiać na ile jest to prawdziwa historia, a na ile ukoloryzowanie twórców. Sama historia nie prezentuje sobą nic. Mało tego, jestem zdania, że w tych czasach gdzie młodzież za nic ma moralność i wierność, film ten jakby jeszcze bardziej demoralizuje ich pogląd na tę sprawę. Czy w tym filmie była choćby jedna NORMALNA para? Która się nie zdradzała, lub też nie lała? Główna bohaterka chce za wszelką cenę wydać książkę, ale złe komuszki nie chcą... argumentuje to i podkreśla wielokrotnie, że to chodzi o dobro wszystkich związków, by ludzie byli bardziej wierni sobie, nie zdradzali się. I najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że dosłownie za 5 minut, Pani "doktor" jako receptę młodej żonie, która chce zajść w ciążę, ale nie może, bo okazało się, że mąż jest bezpłodny (o czym on nie wie) zaleca... wyjazd do sanatorium, danie dupy pierwszemu lepszemu masażyście i zajście z nim w ciążę. Kurwa, brawa... pro człek chcący walczyć o wierność w związkach... Nie wiem, może kurwa o domach dziecka nie słyszała? Ano tak... bo przecież mąż jakby się dowiedział to by się załamał... że jest bezpłodny. Czy tylko ja tutaj mam jedno wielkie "wtf?!" w głowie?
Z resztą co ja wymagam od Pani Wisłockiej, która wiedząc, że jej kochaś ma żonę i córkę, wciąż się z nim pieprzy gdzie popadnie. Prawda jest taka, że ten film mógłby zwrócić uwagę na istotne sprawy. Mógłby poruszyć kwestie antykoncepcji, tego że kobiety są często wykorzystywane w związkach... robi to, ale tak marginalnie, że ledwo zauważalnie, do tego przy akompaniamencie promocji dewiacji i kurestwa, które jest zdecydowanie bardziej dominujące. Do tego okraszone tanią erotyką, która chyba ma zachęcić do tłumnego przybywania na seanse młodzieży, bo przecież nic tak się nie sprzedaje jak erotyka, prawda? A prawda jest taka, że przy tak skonstruowanej fabule, sceny seksu nie wnosiły absolutnie nic... ani artystycznego, ani tym bardziej do historii. I tak jak mówiłem na początku... film był tanią papką rzemieślniczo poprawną, ale niestety obawiam się, że większość widzów wyniesie jedynie tyle, że nieważna jest wierność i szczęście w związku... ważne aby od czasu do czasu dobrze się popieprzyć. Że uciechy cielesne są w życiu w sumie najważniejsze, bo sama bohaterka do takich konkluzji przecież dochodzi, zmieniając swoje poglądy o 180 stopni po spotkaniu wąsatego marynarzyka, który chwali się tym gdzie był i co (czytaj jaki rodzaj seksu) robił.

Film oceniam na 4/10. Ocena podwyższona ze względu na te niewielkie pozytywy pisane na samym początku.

PS: Mam nieodparte odczucie, że pomieszana chronologia wydarzeń była tylko po to by film nie znudził widza. Bo jak się tak wszystko ułoży w porządku, to zdajemy sobie raptem sprawę... jak bardzo ta historia jest kiepska...
PS2: Spotkałem się z opiniami ludzi promujących ten film, że zawiera on bardzo odważne sceny erotyczne. Cóż... może w polskim kinie tak, chociaż w zasadzie każdy się ze mną chyba zgodzi, że jakiejś rewolucji w tym aspekcie ten film nie wniósł... Szczególnie, że znów pokazuje się gołe Panie całkowicie, a już podczas scen wspólnych, manewruje się kadrem na wszelkie sposoby byleby tylko nie pokazać skrawka fiuta...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz