Drugi film trzeciej edycji 3 w 3, tym razem padło na wielonarodową produkcje, której premiera polska wyjątkowo wyprzedziła światową i przypadła na 13 stycznia. "Ja, Olga Hepnarova" autorstwa Petra Kazdy i Tomasa Weinreba, przenosi nas w świat retro, nie tylko poprzez miejsce i czas akcji, ale także aspekty techniczne. Recenzja:
To kolejny film, na który iść nie chciałem, a zostałem namówiony. Wiąże się to z faktem, iż w mojej okolicy nie było już seansów "Kot Bob i ja", który obejrzeć chciałem, ale nie miałem wcześniej możliwości. Nie lubię filmów czarno białych - to był jedyny powód który odstraszał mnie od kupna biletu. Czy słusznie?
Chyba nie. Film dość mocno zapadł mi w myśl. Historia i płynność z jaką została przedstawiona pozwala pochłaniać kolejne minuty wyświetlane na srebrnym ekranie. Jeśli ktoś - tak jak ja - historii nie zna, będzie wręcz zaskoczony, ponieważ wiemy, czujemy, że to wszystko zmierza do tragedii... ale nie do końca wiemy jakiego rodzaju.
Nie będę oceniał teraz pobudek głównej postaci... nie będę wnikał w cudzą moralność a tym bardziej w skrypt filmowy, którego podważać nikt nie ma prawa. W każdym wypadku, jest to subiektywna wizja kogoś, a w nią ingerować nie możemy, bo tak chciał, tak widział to ten ktoś. Zaś każde dzieło coś ze sobą niesie, nawet jeśli nie jest na to nastawione, coś zostawia w odbiorcy. I już z tym każdy ma prawo dyskutować - czy film daje coś, czy wręcz ogłupia. Tak było ze "Sztuką kochania", którą opisywałem wczoraj - ewidentnie film przynosi same negatywy. "Ja, Olga Hepnarova" na szczęście pod tym względem odbiega od poprzedniczki.
Film pokazuje... albo nie... nie jestem osobą, która uważa się za kogoś, kto ma prawo wytyczać komuś sposób myślenia. Oczywiście przedstawienie mojego zdania nie powinno w żaden sposób wpłynąć na odbiór filmu przez Was. Ale wiadomo, że zawsze jakoś jednak wpłynie. A wolałbym aby jednak każdy sam indywidualnie wyrobił sobie zdanie na temat tego dzieła. Dodam jedynie, że opisuje wizualnie coś, co poruszyłem niegdyś w swoim projekcie "issues" - a dokładniej, w odcinku "Sapere Auso".
Skupmy się na reszcie. Aktorsko film wypada rewelacyjnie. Nie wyobrażam sobie nikogo innego odgrywającego jakąkolwiek postać. Troszeczkę kreacja Michaliny Olszańskiej przypomina mi Matyldę z "Leona zawodowca"... a nawet bardziej niż troszeczkę. Choć do wizerunku tej postaci pasuje idealnie.
Muzyka była przecudowna! A to dlatego, że jej nie było. Serio, w połowie filmu zorientowałem się, że za tło służy nam to co faktycznie słyszy główna postać. I sądzę, że ten zabieg był świadomy, to na pewno, ale też i odpowiedni. Nadało to szczególnego klimatu i lepszego wczucia się, nie tyle co w postać Olgi, a raczej luźnego obserwatora pobocznego. Same zdjęcia też nam budują taką atmosferę. Jest sporo ujęć nakręconych jakby zza rogu, zza kąta, zza krzaka... jakby ktoś tam stał, wychylał się... i patrzył.
Nadanie monochromii też zostało przeze mnie zaakceptowane. Wciąż dla mnie to minimalny minus, bo nie lubię takiego kina, ale inaczej sobie tego nie wyobrażam. Zwyczajnie kolory by tam nie pasowały. Bo gdyby były, film straciłby na swoim depresyjnym, ciężkim tonie, który narasta z każdą minutą, jest specjalnie i świadomie budowany przez autorów i podkreślany na każdym kroku jak choćby właśnie brakiem muzyki.
Zdjęcia mają dla mnie jeszcze jeden ogromny plus... są stabilne, statyczne, wolne i długie. Typowe dla kinematografii wschodniej flanki Europy. A ja osobiście lubuję się w tej stylistyce. Do tego kadry są dokładne, dopracowane w każdym calu i pełne, oraz zamknięte co daje jeszcze bardziej ciężki charakter historii. Montaż zatem wypada idealnie, gdyż cięć jest mało i są one rozłożone. Nie nadają pędu, pozwalają wczuć się w beznadziejność świata przedstawionego.
Jedyny minus dla mnie to końcówka. Bezsensowne zaciemnienie i przeniesienie akcji o rok. To co tam zaprezentowali autorzy także wpisuje się w to wszystko o czym mówiłem wyżej. Aczkolwiek mnie wybiło lekko z rytmu i zachwiało odbiór filmu. Sądzę, że było to niepotrzebne. Myślę, że film powinien skończyć się na tym zaciemnieniu, które jednakowoż bym zamienił na nagłe i chamskie urwanie, a resztę historii dopisał w napisach końcowych. Tym bardziej, że wcześniej napisany list był idealnym zwieńczeniem historii i dawał do myślenia. A końcówka, trochę usprawiedliwia jednak społeczeństwo, pokazując palcem na rodzinę jako tych winnych, a motywację bohaterki zakreśloną wcześniej wyraźnie owym listem, zmazuje gumką. I taki widz, który może i by nad sobą i otoczeniem pomyślał, nagle może zmienić odbiór. I zamiast refleksji poczuje się jakby oczyszczony. Nie twierdzę, że na pewno jest winny. Ale on sam o tym może nie wiedzieć, skoro nie podda swoich działań pod myślenie, a końcówka właśnie to zaburza i nie nakłania do tego.
Ocena końcowa filmu to 7/10. Momentami zbyt nudnawy dla przeciętnego wyjadacza multiplebsów, pięknie zarysowany przekaz spartaczony przez końcówkę, oraz mimo wszystko słabo zbudowana motywacja Olgi, która, owszem, jest - ale na chwiejnych nogach, każąca raczej dopowiedzieć sobie, bo ciężko uwierzyć w to co widzimy, że (tylko to) doprowadziłoby bohaterkę do takich działań.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz