czwartek, 28 stycznia 2016

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (3 w 3)

Nie jest to premiera, ale skoro grali to jeszcze to czemu by nie? J.J. Abrams miał trudne zadanie przed sobą - połączyć nowe ze starym. Czy mu się to udało? (Uwaga - Spoilery!)

Specjalnie przed seansem obejrzałem poprzednie części i byłem ogromnie zawiedziony. Popkultura a szczególnie ludzie wywindowali Gwiezdne wojny na najlepszą sagę w historii kinematografii. Nie sądzę by była osoba, która nie zna choćby kawałka historii z owej sagi. Ja znałem ją bardzo dobrze i nie to, że wiedziałem co się stanie, kto zginie, dlaczego i co się w ogóle zrobi, popsuło mi seans, a wyobrażenie. Z opisów, zachwytów fanów, geeków, czy z właśnie tej popkultury, filmy rysowały mi się w barwach ambitnego, lekko mrocznego, na pewno tajemniczego kina. Co dostałem? Dziecinnie prostą fabułę, bez większych zawirowań, pozbawiony (przez prze kolorowanie) mroku obraz, małą ilość wątków, które zbyt długo się rozwijały, powtarzalność, masę błędów logicznych i niedopowiedzeń. Wyjątkowo nie rozumiem fenomenu wojen gwiezdnych, bo jest to saga, filmy co najwyżej poprawne, a George Lucas reżyser przeciętny. Swoje odczucia buduję jedynie na 6 filmach, starej i nowej trylogii. Nie obchodzi mnie fakt rozwinięć w książkach, komiksach czy innych tworach. Ale skończmy już z tym wstępem i przejdźmy do siódmej ekranizacji.

Zacznijmy może od fabuły, która znów jest dziecinnie prosta. Dobrze znana, to na pewno. Po raz trzeci nasi dobrzy wojownicy światła muszę zmierzyć się z czymś co wali laserami z siebie i niszczy planety. Po raz trzeci mamy Gwiazdę śmierci, tym razem jednak wbudowaną w planetę. Kto za to odpowiada? Naziści z organizacji Najwyższy porządek. Serio, nazwanie ich wprost nazistami to nie jest za dużo. Nawet jakby dorysować gościowi wąsik pod nosem, to też by nie było za dużo. Oglądamy tę przemowę do armii szturmowców i... wciąż mamy nieodparte wrażenia, jakbyśmy przypadkiem przełączyli na TVP Historia. Generalnie jeśli zastanawiacie się czy te spoilery mówiące, że Przebudzenie mocy to miks starej trylogii z Nową nadzieją na czele, to ja wam mówię - nie, to stara trylogia na sterydach z Nową nadzieją na czele.
Jest jednak kilka pozytywów, czyli nowi bohaterowie (chociaż historia Rey "dziwnie" znajoma), czy choćby inna narracja. Tempo jest tu całkowicie inne niż w poprzednich częściach. Na start dostajemy akcje, która kończy się dopiero na napisach końcowych. Są chwile wytchnienia, owszem, ale po nich przychodzi dwa razy więcej akcji. Więc de facto, film z tępa i rozwoju historii nie odpuszcza ani trochę.
Kylo Ren... praktycznie wyśmiany przez każdego. W obronie jego stanę, ale tylko częściowo, bowiem rozumiem zabieg jaki miał tu być zastosowany. Problem w tym, że strzelili sobie tym w stopę. Nie można budować jednej postaci na dwóch charakterystykach. Albo mamy młodzieńca rozdartego moralnie i uczuciowo, albo super złego, lekko psychicznego, ale na pewno nieugiętego i bez litościwego antagonistę. Niestety, pierwszy opis zastosuj do chwili bez maski, drugi do czasu gdy w niej chodzi. Widz nie tylko jest zmieszany, ale czuje się oszukany, bo przez pierwszą połowę filmu on właśnie w tej masce chodzi. Naprawdę, to już lepiej tę chwiejność w umyśle przedstawiono u znienawidzonego przez fanów Anakina z nowej trylogii. 
Skoro już jesteśmy przy Benie Solo... czuję pewien niedosyt, jakby twórcy nie szanowali widzów. O ile w piątej części było trzymane w napięciu i tajemnicy ujawnienie rodzinnych stosunków Vadera i Luka, tak tutaj... wprost Han nas informuje (a w zasadzie Leie), że "ej, widziałem naszego syna". Bardzo jest to nie fajne!
Na ogromny plus składa się jeszcze ogromna ilość humoru. O ile w poprzednich częściach wydawał mi się on jedynie sytuacyjny, tak tutaj jest on wprowadzony w zrównoważony sposób.
Od strony technicznej nie ma się do czego przyczepić, ale nie ma też co i pochwalać. Muzyka jest dobra, zdjęcia dobre, montaż również, gra aktorska na dobrym poziomie, po prostu dobry film... bez rewelacji. Cieszy na pewno fakt zneutralizowania efektów komputerowych do minimum. 
Było kilka błędów pokroju zmieniającej właściciela kurtki pod koniec (Rey i Finn), ale w sumie kto by się tym przejmował? Na pewno zapamiętam rolę życia Marka Hamilla! To dopiero groteska - być najważniejszą postacią w filmie, wokół której cała historia się opiera, wszyscy cie szukają i w ogóle jesteś taki legendarny, ale pojaw się w filmie na minutę i nawet nie odezwij się słowem! A tak bajdewej - czy tylko ja uważam, że w ósmej części okaże się, iż Rey to jego córka?


A więc... czy Abrams podołał swojemu wyzwaniu? Zależy jak na to spojrzymy... jeśli chodziło o pokazanie starych bohaterów i dodaniu do tego nowych - to tak. Jeśli chodziło o wrzucenie gadżetów i charakterystycznych elementów ze świata Star Wars, jak miecze świetlne, X-wingi, czy te kiczowate przejścia pomiędzy scenami i tym podobne, do typowego blockbustera - to też tak. Moim zdaniem jednak nie podołał, przez co siódma część spolaryzuje bardzo fanów sagi. Brak w niej klimatu, który był wyczuwalny w starej, czy i nawet nowej trylogii. Obraz zdecydowanie bardziej tajemniczy, a momentami i mroczny. Gdyby tylko zabrać te charakterystyczne elementy i tytuł Star Wars, ludzie poczuliby się jak na kolejnym kolorowym zapychaczu, który służy jedynie do odmóżdżenia z popcornem w rękach, których obecnie wychodzi na pęczki. Zmiksowanie fabuły, którą wszyscy znają, obsadzenia nowymi bohaterami i odnowienia obrazu od strony technicznej, nie jest połączeniem nowego i starego. Jest zwyczajnym skokiem na zyski, wtórnym dziełem, wykorzystującym wizerunek kultowej serii do oczekiwań widza, który po nieudanej nowej trylogii oczekiwał w końcu czegoś na poziomie. Wychodzi potem z sali kinowej, jest zachwycony, ale podświadomie czuje, że to efekt placebo. Fakt znienawidzonej nowej trylogii i uczucia sentymentu do starej, który niewątpliwie pojawia się podczas seansu przez skopiowanie fabuły, sprawia, że chce się czuć, że to jest w końcu to na co się tak długo czekało, a czym w rzeczywistości faktycznie niestety nie jest.
Film oceniam na 7.5/10. Szok? Przecież jak to, skrytykowałem go po całości, a jednak daje tak wysoką ocenę? Bo od strony subiektywnej, film mi się podobał. Jako samodzielny twór daje rade, mimo, że nie jest niczym odkrywczym. Ot, kolejny film rozrywkowy nic więcej. Jednak w zestawieniu z pozostałymi częściami... jest dokładnie tym, czym wyobrażałem sobie sagę Gwiezdnych wojen. To w sumie trochę przykre, że dopiero teraz Lucas sprzedał prawa autorskie. To jak bardzo przeciętnym reżyserem jest, powinien świadczyć fakt iż najlepsza scena ze wszystkich sześciu części, czyli walka Obi Wana z Anakinem w Zemście Sithów, była reżyserowana nie przez niego... a przez Spielberga.


Ostatnio Bob Iger przyznał, że seria ekranizacji Marvela i Gwiezdnych wojen nigdy się nie skończy. I wiecie co? Niech sobie będzie... ale beze mnie, jeśli mamy co 3 filmy mieć "nowe" rozpoczynanie historii na tych samych szkieletach. Może jestem dziwny, ale wolę dostać pojedyncze dzieło, lub naprawdę przyzwoitą trylogie, niż odcinanie kuponów od kasowego hitu. Potem mamy w spisie kinematografii 20x filmów o Bondzie, 15 Szybkich i wściekłych i teraz niewiadomo ile Gwiezdnych wojen. Jeśli film nie jest jakąś opowieścią, jak dajmy na to Władca pierścieni, to po co robić sequele, prequele, spin-offy i inne twory? Nie lepiej zrobić porządny film, zgarnąć za to piniążki i zrobić kolejny porządny film, niż na jednej kobyle jeździć do ostatniego tchu? Tak mi się wydaje, bo zwyczajnie nie wyobrażam sobie Forresta Gumpa 2, Pulp Fiction 2, Incepcja 2 itd itp. A wszyscy dookoła właśnie ostatnio tak robią... trochę smutne.
Kronos.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz