piątek, 29 stycznia 2016

Creed: Narodziny legendy (3 w 3)

Johnson - podróbka legendy, być może tak powinien nazywać się ten film? (Uwaga - Spoilery!)

Seria filmów o Rockym Balboa jest jedną z moich ulubionych, dlatego naturalnym było wybranie najnowszej ekranizacji drugiego dnia. Nie myślałem w ogóle o tym filmie. Wiedziałem, że historia będzie tym razem kręcić się wokół syna Apolla. Ale jakoś głębiej nie wchodziłem, a nawet przed premierą nie poddawałem się refleksjom. Podszedłem do filmu całkowicie neutralnie, a wyszedłem wyjątkowo zniesmaczony i już wyjaśniam czemu...

Fabuła, dość mocno przypominała mi zmieszanie pierwszej i piątej części Rockyego. Nie ma tu absolutnie nic nowego, film jest do bólu przewidywalny, momentami nudny, a już na pewno za długi. Ograny na tak typowym schemacie, że po seansie nie ma czym się zachwycić - pozostaje rozpacz, że nie wybraliśmy po prostu innego filmu. No bo co, mamy wstęp pokazujący jak bardzo trudne dzieciństwo miał Adonis, przeskok czasowy i widzimy jak dusi się we własnym życiu, robi coś czego nie znosi, gdy próbuje robić to co kocha, wciąż jest w cieniu ojca. Rzuca wszystko i wyjeżdża by spotkać dawnego rywala/przyjaciela ojca i prosić by go szkolił. Ten się nie zgadza, poczym idzie na cmentarz odwiedzić rodzinę i myśli "w sumie czemu nie". Wraca i mówi "dobra będę Cie szkolił". No i zaczynają szkolenie, w między czasie nasz Bambo zakochuje się. Mamy w końcu pierwszą walkę, oczywiście wiadomo kto wygrywa. Potem mistrz świata chce się w sumie nie wiem co i składa propozycje walki myśląc, że łatwo wygra z młodym. No i dramat, bo się zgadza ale potem w sumie zdaje sobie sprawę, że nie da rady, a na dodatek mentor choruje. Wszystko jest do dupy i kłóci się ze swoją dupą, poczym siada na ulicy i uznaje, że musi wziąć życie w swoje łapy. Pogodzenie z dupą, wielki trening, mentor się leczy, czas na walkę, początkowo  nie daje rady, ale mentor mówi "dasz radę" i zaczyna dawać radę, ale przegrywa na punkty i koniec. A no i potem wchodzą na te schody. Dzięki mnie znacie już dosłownie wszystko, możecie sobie odpuścić ten chłam i iść na coś bardziej wartościowego.

Jak tu brać ten film poważnie gdy to tak nieudolna kopia pierwszej części? Na dodatek mamy strasznie schematyczną, podręcznikową historie. Absolutnie nic nie jest wstanie nas zaskoczyć. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że widać ten totalny brak pomysłu na fabułę i używanie już oklepanych zagrywek, bowiem każdy wątek poboczny, jak choroba Rockyego czy związek głównego bohatera z piosenkarką, każdy jeden jest ruszony powierzchownie i wciśnięty na siłę. Jest jakby przerywnikiem i zapychaczem filmu i głównej fabuły. Trwają z 5 minut, więc nie mają prawa nawet zainteresować, a już przechodzą w następny. Jest to na tyle dziwne, że tych wszystkich wątków nie ma za wiele. Więc nie jest to spowodowane brakiem czasu. Film bardzo się dłuży, jest zdecydowanie za długi i nie rozumiem co go tak wydłuża zatem...
Plusów można doszukiwać się jedynie w aspektach technicznych. Gra trójki głównych bohaterów jest wyjątkowo rewelacyjna, nawet Stallone gra jakoś lepiej niż w poprzednich częściach. Zdjęcia są bardzo dobre, podobnie jak montaż. Muzyka bardzo wpasowująca się w klimat. Scena wyjściowa filmu, oraz pierwsza walka (już z Rockym na pokładzie), która wyglądała jak jedno długie ujęcie, zrobiły na mnie fenomenalne wrażenie. Choć mało było, ale na szczęście nie zabrakło sztandarowego jak dla mnie w tej serii elementu czyli złotych myśli Rockyego. 
Poza fabułą zraziły mnie jeszcze dwie rzeczy - wyjątkowo chamska reklama HBO (w szóstej części też była, a nie raziła w ogóle. W Creedzie widać jeszcze reklamę YouTube i jest ona normalna, ale ta HBO strasznie jest nachalna), oraz kiczowate, przezabawne, jednocześnie żenujące i pozbawione jakiegokolwiek smaku i wyczucia przerywniki, które przybliżały nam sylwetki bokserów. Jeśli to nie byli aktorzy tylko prawdziwi sportowcy, to po prostu nawet nie nachalna, a ordynarna reklama. A jeśli to zwykli aktorzy, to po jaką cholerę był ten zabieg montażowy!?


Jak wspomniałem we wstępie, nie zagłębiałem się w informacje o tym filmie, więc podczas napisów końcowych byłem w ogromnym szoku widząc, że nazwisko reżysera nie brzmi Stallone. Po powrocie do domu od razu to sprawdziłem i wychodzi na to, że jest to pierwszy film z serii, którego nie reżyserował (nie licząc pierwszej części), ani tym bardziej nie napisał do niego scenariusza nasz Sylwek! Więc nie mam zahamowań by nazwać Pana Cooglera (kimkolwiek ten człowiek jest - jakoś nikt o nim wcześniej nie słyszał i słyszeć nie miał prawa) za paskudnego, chciwego, nie szanującego ani widza, ani fana, ani tym bardziej jednej z najważniejszej serii, kultowej serii w kinematografii, pazernego karierowicza! Creed to jawny wyzysk marki i skok na kasę jaki dawno nie miał miejsca. Jeśli tak bardzo chciał Pan zrodzić nową legendę, wystarczyło trochę ambicji i wyobraźni by napisać dobry scenariusz, nie kopiować pierwszej części, a już na pewno nie podpinać się pod tę serie filmów, która to ta część zrodziła. Rocky - to jest legenda, a Creed to jedynie marna i oklepana powtórka z rozrywki.
Potencjał jest, takie historie można przedłużać w nieskończoność i zapewne będą kolejne przygody Adonisa, jednak można było się przyłożyć do tego spin-offa dużo bardziej. Dostaje on ode mnie naciągane 6/10 głównie za dobrą grę aktorską i stronę techniczną. Mam nadzieję, że Stallone nie pojawi się w kolejnych częściach jeśli takowe powstaną. Lepiej niech uśmiercą Rockyego, może w minimalny sposób wówczas będzie można odczepić ten film od tej zacnej serii. 
Żałuję ogromnie, że nie byłem w kinie na filmie Do utraty sił - być może ten tytuł oferował coś lepszego w tej kategorii. Przynajmniej miałbym porównanie...


PS: Czy tylko mi postać Adonisa Creeda, przypomina CJ z GTA San Andreas? Jeszcze to nazwisko - Johnson - przypadek?
Kronos. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz