Johnson - podróbka legendy, być może tak powinien nazywać
się ten film? (Uwaga - Spoilery!)
Seria filmów o Rockym Balboa jest jedną z moich ulubionych,
dlatego naturalnym było wybranie najnowszej ekranizacji drugiego dnia. Nie
myślałem w ogóle o tym filmie. Wiedziałem, że historia będzie tym razem kręcić
się wokół syna Apolla. Ale jakoś głębiej nie wchodziłem, a nawet przed premierą
nie poddawałem się refleksjom. Podszedłem do filmu całkowicie neutralnie, a
wyszedłem wyjątkowo zniesmaczony i już wyjaśniam czemu...
Fabuła, dość mocno przypominała mi zmieszanie pierwszej i
piątej części Rockyego. Nie ma tu absolutnie nic nowego, film jest do bólu
przewidywalny, momentami nudny, a już na pewno za długi. Ograny na tak typowym
schemacie, że po seansie nie ma czym się zachwycić - pozostaje rozpacz, że nie
wybraliśmy po prostu innego filmu. No bo co, mamy wstęp pokazujący jak bardzo
trudne dzieciństwo miał Adonis, przeskok czasowy i widzimy jak dusi się we
własnym życiu, robi coś czego nie znosi, gdy próbuje robić to co kocha, wciąż
jest w cieniu ojca. Rzuca wszystko i wyjeżdża by spotkać dawnego
rywala/przyjaciela ojca i prosić by go szkolił. Ten się nie zgadza, poczym
idzie na cmentarz odwiedzić rodzinę i myśli "w sumie czemu nie".
Wraca i mówi "dobra będę Cie szkolił". No i zaczynają szkolenie, w
między czasie nasz Bambo zakochuje się. Mamy w końcu pierwszą walkę, oczywiście
wiadomo kto wygrywa. Potem mistrz świata chce się w sumie nie wiem co i składa
propozycje walki myśląc, że łatwo wygra z młodym. No i dramat, bo się zgadza
ale potem w sumie zdaje sobie sprawę, że nie da rady, a na dodatek mentor
choruje. Wszystko jest do dupy i kłóci się ze swoją dupą, poczym siada na ulicy
i uznaje, że musi wziąć życie w swoje łapy. Pogodzenie z dupą, wielki trening,
mentor się leczy, czas na walkę, początkowo
nie daje rady, ale mentor mówi "dasz radę" i zaczyna dawać
radę, ale przegrywa na punkty i koniec. A no i potem wchodzą na te schody.
Dzięki mnie znacie już dosłownie wszystko, możecie sobie odpuścić ten chłam i
iść na coś bardziej wartościowego.
Jak tu brać ten film poważnie gdy to tak nieudolna kopia
pierwszej części? Na dodatek mamy strasznie schematyczną, podręcznikową
historie. Absolutnie nic nie jest wstanie nas zaskoczyć. Najgorsze jest w tym
wszystkim to, że widać ten totalny brak pomysłu na fabułę i używanie już oklepanych
zagrywek, bowiem każdy wątek poboczny, jak choroba Rockyego czy związek
głównego bohatera z piosenkarką, każdy jeden jest ruszony powierzchownie i wciśnięty
na siłę. Jest jakby przerywnikiem i zapychaczem filmu i głównej fabuły. Trwają
z 5 minut, więc nie mają prawa nawet zainteresować, a już przechodzą w
następny. Jest to na tyle dziwne, że tych wszystkich wątków nie ma za wiele.
Więc nie jest to spowodowane brakiem czasu. Film bardzo się dłuży, jest
zdecydowanie za długi i nie rozumiem co go tak wydłuża zatem...
Plusów można doszukiwać się jedynie w aspektach technicznych. Gra trójki
głównych bohaterów jest wyjątkowo rewelacyjna, nawet Stallone gra jakoś lepiej
niż w poprzednich częściach. Zdjęcia są bardzo dobre, podobnie jak montaż.
Muzyka bardzo wpasowująca się w klimat. Scena wyjściowa filmu, oraz pierwsza
walka (już z Rockym na pokładzie), która wyglądała jak jedno długie ujęcie,
zrobiły na mnie fenomenalne wrażenie. Choć mało było, ale na szczęście nie
zabrakło sztandarowego jak dla mnie w tej serii elementu czyli złotych myśli
Rockyego.
Poza fabułą zraziły mnie jeszcze dwie rzeczy - wyjątkowo chamska reklama HBO (w
szóstej części też była, a nie raziła w ogóle. W Creedzie widać jeszcze reklamę
YouTube i jest ona normalna, ale ta HBO strasznie jest nachalna), oraz
kiczowate, przezabawne, jednocześnie żenujące i pozbawione jakiegokolwiek smaku
i wyczucia przerywniki, które przybliżały nam sylwetki bokserów. Jeśli to nie
byli aktorzy tylko prawdziwi sportowcy, to po prostu nawet nie nachalna, a
ordynarna reklama. A jeśli to zwykli aktorzy, to po jaką cholerę był ten zabieg
montażowy!?
Jak wspomniałem we wstępie, nie zagłębiałem się w informacje
o tym filmie, więc podczas napisów końcowych byłem w ogromnym szoku widząc, że
nazwisko reżysera nie brzmi Stallone. Po powrocie do domu od razu to
sprawdziłem i wychodzi na to, że jest to pierwszy film z serii, którego nie
reżyserował (nie licząc pierwszej części), ani tym bardziej nie napisał do
niego scenariusza nasz Sylwek! Więc nie mam zahamowań by nazwać Pana Cooglera
(kimkolwiek ten człowiek jest - jakoś nikt o nim wcześniej nie słyszał i
słyszeć nie miał prawa) za paskudnego, chciwego, nie szanującego ani widza, ani
fana, ani tym bardziej jednej z najważniejszej serii, kultowej serii w
kinematografii, pazernego karierowicza! Creed to jawny wyzysk marki i skok na
kasę jaki dawno nie miał miejsca. Jeśli tak bardzo chciał Pan zrodzić nową
legendę, wystarczyło trochę ambicji i wyobraźni by napisać dobry scenariusz,
nie kopiować pierwszej części, a już na pewno nie podpinać się pod tę serie
filmów, która to ta część zrodziła. Rocky - to jest legenda, a Creed to jedynie
marna i oklepana powtórka z rozrywki.
Potencjał jest, takie historie można przedłużać w nieskończoność i zapewne będą
kolejne przygody Adonisa, jednak można było się przyłożyć do tego spin-offa
dużo bardziej. Dostaje on ode mnie naciągane 6/10 głównie za dobrą grę aktorską
i stronę techniczną. Mam nadzieję, że Stallone nie pojawi się w kolejnych
częściach jeśli takowe powstaną. Lepiej niech uśmiercą Rockyego, może w
minimalny sposób wówczas będzie można odczepić ten film od tej zacnej serii.
Żałuję ogromnie, że nie byłem w kinie na filmie Do utraty sił - być może ten
tytuł oferował coś lepszego w tej kategorii. Przynajmniej miałbym porównanie...
PS: Czy tylko mi postać Adonisa Creeda, przypomina CJ z GTA
San Andreas? Jeszcze to nazwisko - Johnson - przypadek?
Kronos.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz