Dorosłość charakteryzuje się przede wszystkim brakiem naiwności. Nie da się jej inaczej uzyskać, jak poprzez brutalne skonfrontowanie się z rzeczywistością. Ja taką konfrontacje odbyłem w pierwszej połowie obecnego roku. Długo zastanawiałem się czy w ogóle poruszać ten temat... ale w sumie, czemu by nie?
W zasadzie początek historii zaczyna się dużo, dużo wcześniej, gdyż to z całkowicie innej sprawy, wzięła się ta właściwa, o której chcę possać. Ale to może innym razem. Jedyne co musicie wiedzieć, to że ktoś zrujnował całkowicie moje plany i musiałem budować sobie przyszłość od nowa. Najlepiej zacząć oczywiście od pracy... Tutaj też nie będę się rozdrabniał, miałem kilka jazd ciekawych. Istotne jest to, że trafiłem do pewnej grupy ochroniarskiej. Do bardzo SOLIDnej grupy ochroniarskiej. Sam ten fakt uważam już za prześmiewczy, no bo jak to? Osoba pokroju mnie, która ani aparycji, ani siły, ani tym bardziej kondycji nie ma, ma być ochroniarzem. Czujecie ten absurd? Żadnych testów sprawnościowych... nic. Od ochroniarza wymagałbym jakiś umiejętności fizycznych... no bo jeśli porządek mają sprawować osoby, które 100m nie przebiegną bez zadyszki, to chyba kogoś pojebało...
No ale wracając... wszystko spoczko i w ogóle. Rozmowa kwalifikacyjna, przebiegła pozytywnie. Mogę jechać do siedziby złożyć podpis... na kurwa 50 kartkach. Myślicie, że hiperbolizuje? Taki chuj, ich na prawdę było z 50. Wszystko oczywiście w języku urzędowym, tak więc pozdro dla ludzi pracy, którzy za grosz go nie rozumieją. Ja, żeby nie dać się zrobić w wała, mimo iż i tak się dałem zrobić, czytałem wszystko.. więc trochę zeszło. Umowa oczywiście cywilnoprawna czyli tak zwana na zlecenie. Słowne 6zł za godzinę, bogactwo kurwa, ale co mam narzekać? Byłem w takiej sytuacji, że nie było nic lepszego... a hajs był potrzebny, by wybić się z dna. Nie narzekałbym zapewne gdybym tylko miał więcej godzin... ale o tym zaraz. W umowie jasno było podkreślone, że sprzęt zapewnia pracodawca. Ale nie było za to powiedziane, że w przypadku odejścia, które niewątpliwie kiedyś musiało nastąpić, bo nikt chyba do śmierci nie pracuje w takiej branży, pracownikowi jest potrącany hajs z ostatniej należnej wypłaty za koszule i buty, których nie zwraca. Dokładnej kwoty nie pamiętam... ale ponad stówę jakoś wyszło.
Myślę sobie, do jakiegoś października popracuje, potem zobaczymy... może studia? Wszystko było prowadzone w drugiej połowie marca, ale najlepszą częścią całej tej pojebanej historii jest data rozpoczęcia - oficjalnie - przeze mnie pracy: 1 kwietnia. No lepszego prima aprilis bym sobie nie wymarzył, bo cała ta firma to dla mnie cyrk.
Umowa nie została mi wręczona od razu, tylko musiała zostać wysłana do centrali w Warszawie, bo kurwa tak. Serio, żebym to ja wiedział? Niby coś tam mówili o pieczątkach i tak dalej, ale na litość boską... pieczątkę dali mi już w Kielcach, gdzie się zatrudniałem. Nie zaobserwowałem dosłownie nic nowego, gdy w końcu tę umowę dostałem... Tak więc, umowy nie dostałem od razu i nie mogłem się od rejestrować jako bezrobotny. To znaczy... zrobiłem to, ale z dość dużymi oporami urzędasów, bo wiecie jak to jest...
Moim... kurwa nie wiem, mentorem? Powiedzmy, że kierownikiem, nadzorcą, zwierzchnikiem, został przemiły i sympatyczny Pan Jarosław... o dźwięcznym nazwisku ciepłego miesiąca z przesileniem letnim. Dla utajnienia - hehehe - danych osobowych, powiedzmy, że Maj. No i machina ruszyła. 1 kwietnia stawiłem się na "szkolenie". Moim obiektem pracy była hala sklepu w centrum handlowym... jednego sklepu, z ciuchami. Konkurencja chyba największa reserved - H&M. I o ile nie przepadam za tym sklepem... tak po prostu, nie podobają mi się ich ubrania, tak nie mogę powiedzieć nic złego o ludziach tam pracujących. Miła atmosfera była, co chociaż w ułamku rekompensowało tę chujową prace.
Pewnie powiecie, "pff co Ty pierdolisz, co jest trudnego w ochronie sklepu?" No w sumie to nic, ale kurwa... łaźcie se 8h bez przerwy w kółko jak debile, uśmiechajcie się do każdego i mówcie dzień dobry. Oczywiście były też inne zajęcia typu sprawdzanie klipsów, bramek, pisanie raportu i takie tam... ale to tak monotonna, nudna i tępa robota, że ja miałem ochotę ciąć się tępym nożem już po pierwszy dwóch dniach. No niestety, nie każdy potrafi wszystko robić.
Pewnie powiecie, "pff co Ty pierdolisz, co jest trudnego w ochronie sklepu?" No w sumie to nic, ale kurwa... łaźcie se 8h bez przerwy w kółko jak debile, uśmiechajcie się do każdego i mówcie dzień dobry. Oczywiście były też inne zajęcia typu sprawdzanie klipsów, bramek, pisanie raportu i takie tam... ale to tak monotonna, nudna i tępa robota, że ja miałem ochotę ciąć się tępym nożem już po pierwszy dwóch dniach. No niestety, nie każdy potrafi wszystko robić.
Ale wracając, bo znów odbiegłem, przychodzę na to szkolenie, które wyglądało nie mniej, nie więcej tak: "Tu są gaśnice, tu są drzwi ewakuacyjne, tu macie grafik na miesiąc, a tu jest Pan Marek, który powie Wam co i jak" - "Wam" ponieważ poza mną był jeszcze jeden człek na szkoleniu, z którym, jak się miało okazać później, zmieniałem się służbą. No i dobra, Pan Marek powiedział nam co i jak w przeciągu dwudziestu minut, myślę se... w sumie szybko poszło, pojadę do domu opierdolić śniadanie, bo nie jadłem rano, gdyż byłem na badaniach krwi bezpośrednio przed tym, a jak wiemy, trza na czczo. Nie to, że kazali nam... leczyłem się akurat przewlekle w tym okresie. Idziemy do naszego senseia, a on nam mówi, że w przypadku kradzieży, włączenia się bramek i tego typu akcjach, pod żadnym pozorem nie możemy bez zgody zaglądać ludziom do toreb, a już chroń panie boże ich dotykać. Krótko mówiąc interwencje nasze ograniczałyby się do proszenia! o oddanie towaru, bo inaczej się po prostu nie da. Nie wiedzieliście pewnie, co nie? To już wiecie, macie zielone światło do kradzieży! Witamy w państwie prawa:
"- Mam podejrzenia, że Pani coś ukradła. Pójdzie Pani ze mną do kasy wyjaśnić tę sprawę?
- Nie!
- Rozumiem, miłego dnia zatem."
I wychodzicie... magia. W sumie się cieszyłem, bo po tym super szkoleniu bałem się co to by było gdyby ktoś coś wziął i zaczął spierdalać... kiepsko jeśli chodzi o jakieś chwyty by unieruchomić człeka u mnie... a szarpanina by wyglądała co najmniej nie profesjonalnie.
"- Mam podejrzenia, że Pani coś ukradła. Pójdzie Pani ze mną do kasy wyjaśnić tę sprawę?
- Nie!
- Rozumiem, miłego dnia zatem."
I wychodzicie... magia. W sumie się cieszyłem, bo po tym super szkoleniu bałem się co to by było gdyby ktoś coś wziął i zaczął spierdalać... kiepsko jeśli chodzi o jakieś chwyty by unieruchomić człeka u mnie... a szarpanina by wyglądała co najmniej nie profesjonalnie.
W każdym razie, gdy już otrzymaliśmy te, jakże ważne, wytyczne i zostało 4 godziny do zakończenia służby Pana Marka... dostaliśmy drugi etap szkolenia, praktykę... wymyślony chyba na poczekaniu tych dwudziestu minut, bo nie było o tym mowy, nawet weteran Marek się zdziwił. No ale chuj, głodny jestem, jeszcze te cztery godziny się przemęczę... dobrze, że już idzie mi to do wypłaty. A nie, bo taki chuj! Szkolenie jest kurwa darmowe! Stój baranie 4h za darmo i pilnuj nam sklepu - hahahahaha!
Drugim ultra zajebistym ciosem w twarz był grafik. Uwierzcie lub nie, ale z tą stawką i liczbą godzin miesięcznie wychodziło mi niewiele ponad 400 złotych pensji. Zajebiście prawda? Jak kurwa ma młody człowiek jakkolwiek rozpocząć życie i myśleć o rodzinie gdy dostaje kurwa 400 złotych i do tego nie ma co liczyć na emeryturę?! Ja idąc do pracy, myślałem, że zarobie se tę najniższą krajową. Kto kurwa robi za takie pieniądze? To już w call center czy pierdolonym macdonaldzie płacą więcej. Przecież jak ktoś studiuje zaocznie i szuka pracy by się utrzymać, to ni chuja by nie wyrobił! Co za absurd!
Minęło se tak ze 2 tygodnie o ile pamięć mnie nie myli... służbę rozpoczynałem o 15. Musiałem pojechać przed tym do urzędu pracy po coś tam, bo się nie zgadzało coś tam z nfzetem coś tam. A że się leczyłem po zabiegu wycięcia pewnego gówna, nie mogłem sobie pozwolić na brak dostępu do przychodni... bo prywatnie za 400zł to gówno zrobię! Połowę kurwa traciłem na dojazd w ogóle! No ale jebać... myślę sobie, a dobra, wyjadę o 14 do urzędu pracy, na 15 zdążę przecież. Mieszkam w innej miejscowości niż miałem pracę i urząd pracy do którego podlegam. Tak więc chciałem za jednym zamachem wszystko zrobić. Wiecie, oszczędność... w końcu zarabiałem jebane 400zł! No i niespodziewanie, albo i w sumie spodziewanie, w urzędzie zeszło dłużej. I będę się upierał, tak samo jak tego dnia upierałem się w rozmowie z Panem Majem... zdążyłem do pracy! Byłem dokładnie 14:58 w hali sklepu. Pan Maj jednak twierdził inaczej. On uważał, że skoro mam na 15, to o 14:50 już tu być powinienem. Nie widzę sensu, bo ani się nie przebierałem, zdejmowałem raptem tylko kurtkę. Ani przed tą 15 nikt nie ochraniał sklepu... więc to nie tak, że przez moje, rzekome, spóźnienie nie będzie ochroniarza na hali. Poza tym, zacząłem pracę 15:03, bo się z nim musiałem wykłócić, że się nie spóźniłem! Nie należę do typa, który potulnie będzie wszystko robił. Mam swój honor i nie będę się płaszczył, gdy się z czymś nie zgadzam.
Pracowałem w systemie: dwa dni stoisz, dwa dni wolne, a że to był czwartek, następnie miałem pojawić się dopiero w niedziele. W sobotę ciut za bardzo zachlałem whisky i w niedziele obudziłem się na ciężkim kacu. Chuj, szykuję się do roboty, a na twarzy wypisane: "umrzesz". Chujowe było to, że w niedziele trzeba było przyjść godzinę przed rozpoczęciem służby na jakieś pojebane spotkanie, chuj wie o czym (bo w swojej zawrotnej karierze ochroniarskiej wszystkie mnie ominęły), które oczywiście było bezpłatne. Godzina dłużej w robocie za free... o niczym innym pracownik nie marzy. Godzinę też miałem do wyjazdu, a tu nagle telefon... Pan Maj. I słyszę: "Mateusz, nie przyjeżdżaj dzisiaj do pracy. Kadra kierownicza sklepu się zmieniła i muszę nowy grafik rozpisać. Zadzwonię do Ciebie jak będę coś wiedział". Myślę, o kurwa, bóg istnieje i ma mnie w swej opiece. Jebnąłem się spać. Wstaje po kilku godzinach i pierwsza konkluzja - czy to był sen? Sprawdzam telefon... ni chuja, na prawdę dzwonił, jest zajebiście!
Poniedziałek też miałem mieć niby pracujący, ale tu niby ta afera z grafikiem... dzwonie zatem o 12 i pytam się czy mam przyjeżdżać. "Nie, nie, nie... powiedziałem, dam Ci znać. Na razie czekaj na telefon ode mnie". No to wolne... Ale minął tydzień... potem drugi. Telefon cicho siedzi, Pan Maj nie odbiera... Wkurwiłem się, dzwonię do centrali regionalnej. Słyszę, że Pan Maj jest na urlopie. No dobra, poczekam jeszcze. Minął kolejny tydzień, połowa maja już a ja siedzę na dupie i ani wypłaty za kwiecień (bo przychodziła dnia 20 następnego miesiąca), ani żadnych wieści. Pełen rozgoryczenia i nerwów pojechałem do centrali złożyć wymówienie. Istotne w tym wszystkim jest to, że umowę swoją odebrałem dosłownie tydzień przed tym. Było mi zapewniane, że dostane ją pocztą do domu, ale gdzie tam... sam musiałem dzwonić, dowiadywać się czy jest i gdy już była, przyjechać i ją odebrać.
Jadę więc tam, wchodzę, mówię jak jest, a Pani pyta o nazwisko po czym udaje się do pomieszczenia obok. Po około pięciu minutach wraca z koleżanką, która w typowo sukowaty sposób poinformowała mnie o... oto dialog:
"- Ale Pan z dniem x kwietnia (data mojej ostatniej służby) nie pracuje.
- Jak to nie pracuje?
- Kto jest Pana kierownikiem?
- Pan Maj.
- No zgadza się. Pan Maj podpisał wszystkie dokumenty związane z Pana zwolnieniem. Rozliczał się już Pan za uniform?
- Ale to dlaczego ja nie dostałem żadnych informacji?
- Jaką Pan ma umowę?
- Na zlecenie.
- My nie mamy obowiązku informować pracowników na umowę zlecenie tylko kierownicy. Proszę pytać Pana Maja.
- Aha... nie to bardzo fajnie, dla mnie to kpina, że ja, po miesiącu! bez żadnej informacji, musiałem przyjechać do Państwa aby łaskawie się dowiedzieć, że już nie pracuje.
- Pan Maj nie kontaktował się z Panem?
- Kontaktował się i ja dzwoniłem do niego i za każdym razem była ta sama śpiewka, że musi rozpisać nowy grafik i mam czekać na informacje od niego. Ani słowa o zwolnieniu.
- No to przykro nam, ale to już nie nasza wina. Rozliczał się Pan z uniformu...?"
I bla bla bla... rozliczenie i oddanie stroju i takie tam.
"- Ale Pan z dniem x kwietnia (data mojej ostatniej służby) nie pracuje.
- Jak to nie pracuje?
- Kto jest Pana kierownikiem?
- Pan Maj.
- No zgadza się. Pan Maj podpisał wszystkie dokumenty związane z Pana zwolnieniem. Rozliczał się już Pan za uniform?
- Ale to dlaczego ja nie dostałem żadnych informacji?
- Jaką Pan ma umowę?
- Na zlecenie.
- My nie mamy obowiązku informować pracowników na umowę zlecenie tylko kierownicy. Proszę pytać Pana Maja.
- Aha... nie to bardzo fajnie, dla mnie to kpina, że ja, po miesiącu! bez żadnej informacji, musiałem przyjechać do Państwa aby łaskawie się dowiedzieć, że już nie pracuje.
- Pan Maj nie kontaktował się z Panem?
- Kontaktował się i ja dzwoniłem do niego i za każdym razem była ta sama śpiewka, że musi rozpisać nowy grafik i mam czekać na informacje od niego. Ani słowa o zwolnieniu.
- No to przykro nam, ale to już nie nasza wina. Rozliczał się Pan z uniformu...?"
I bla bla bla... rozliczenie i oddanie stroju i takie tam.
Podsumowując:
- Umowy cywilnoprawne są chujowe.
- Pan Maj zachował się cynicznie i jak totalny tchórz nie informując mnie o chęci mego zwolnienia, w zamian wciskając kit o grafiku. A szkoda, bo wydawał się być na prawdę sympatycznych facetem. Jako jedynego ze swoich pracodawców jakoś lubiłem... do czasu.
- Umowy cywilnoprawne są chujowe.
- Pan Maj zachował się cynicznie i jak totalny tchórz nie informując mnie o chęci mego zwolnienia, w zamian wciskając kit o grafiku. A szkoda, bo wydawał się być na prawdę sympatycznych facetem. Jako jedynego ze swoich pracodawców jakoś lubiłem... do czasu.
- Ogólnie nie polecam tejże firmy ochroniarskiej... ani do pracy, ani do wynajmu. Do pracy wiadomo - marny ochłap gdzie nawet na dojazdy będzie mało. Ja zarobiłem 200 coś złotych z czego połowę musiałem oddać za uniform. Do wynajmu też, bo firma ta lubuje się w taniej sile roboczej, czyli młodych (choć to nie jakaś reguła) ludziach, którzy nie mają żadnych praw i są bardziej straszakami na pokaz, niż faktyczną ochroną. Nie wiem czy w innych grupach jest lepiej... ale w tej na pewno dobrze nie jest. Świadczy o tym choćby fakt, że półtora miesiąca szła "do mnie" umowa, a gdy ją odbierałem byłem zwolniony o czym nikt nie raczył mnie poinformować.
- To wszystko nauczyło mnie, żeby nie oceniać ludzi... po wyglądzie wiadomo, zawsze mówiono nam, że trza poznać charakter! Problem w tym, że tego charakteru nigdy nie możemy być pewni. Bo być może ktoś miły dla nas jest... ale może też być tak, że zakłada przed nami maskę, a w głębi ducha jest kutasem bez zasad i krzty honoru.
- Poza tym nauczyłem się też, że z pracą jest ciężko... i to co dookoła się słyszy to nie hiperbole obecnego stanu. A zwyczajne ludzkie tragedie, których nikt nie dostrzega. A wiecie dlaczego? Bo każdy ma tak samo źle...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz