Nienawidzę pociągów. Kiedyś byłem zmuszony korzystać z usług pkp codziennie. Od kiedy mam prawo jazdy, przywykłem do podróży autem - pomimo, iż nie lubię prowadzić (o ironio!). Jednak jest to pewnego rodzaju wygoda, wolność. Ale samochody nie jeżdżą na powietrze - a szkoda. Mały deficyt finansowy przymusił mnie dziś do marszu na peron... jak za starych dobrych czasów...
...no może prawie. Brakowało tylko tych pozytywnych aspektów, jednak wszystkie negatywne, niczym przez kalkę odbite, pojawiły się dziś jak i kiedyś.
Oczywiście, standard, zaspałem. Lekkie śniadanie z myślą przewodnią: "Byleby zjeść". Kawka, prysznic i jazda. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że do peronu, z mojego domu, dzieli mnie jedynie kilometr. Pociąg 7:07 - świetnie i na miejscu godzina czekania, no bo po co dać późniejszy odjazd?
Przemierzam tak uliczki mej paskudnej miejscowości, którą szczerze gardzę i z jednej strony cieszyłem się, że jest jeszcze ciemno - przynajmniej nie musiałem oglądać tego syfu. Z drugiej zaś, ciągle nękało mnie pytanie: "Co ja w ogóle robię? Powinienem jeszcze spać!"
Na peronie tłum - standard. Pociąg zapchany - standard! Niebiosom niech będą dzięki, że przyjechał "stary rusek", a nie ta konserwa bambusowa, zwana potocznie elfem. Nie ma bowiem nic gorszego niż jazda niczym sardynka, w nieklimatyzowanym pociągu, który jeździ tylko dlatego, że wygląda efektywnie z zewnątrz - w końcu szynobus!
Tak czy siak, na miejsce siedzące nie miałem się co łudzić, więc od razu oparłem się o drzwi. Obok mnie stały trzy dziewczyny. Każda z nich 2-3 lata młodsza.
Problem tego typu podróżowania jest jeden - mam wykurwistą przyjemność słuchania cudzych rozmów. Jestem wstanie znieść ten ścisk, duszność, nawet wczesne wstawanie... Wiem, wiem... słuchawki i world off. Problem w tym, że mi się popsuły... a, że niemal rok nie podróżowałem tymi jeżdżącymi pralkami, nie było sensu zakupu nowych.
Wyjechaliśmy z lasu, na me oczy padł blask światła, skutecznie oślepiając mnie na kilka sekund. Gdy tylko odzyskałem ten zmysł, ukazał mi się widok przepiękny, bajeczny... trudny do opisania, gdyż wszystkie słowa jakie przychodzą mi na myśli, są błahe i nie oddają w pełni wschodu słońca jaki miał miejsce. Żałowałem szczerze, że nie miałem pod ręką swojej lustrzanki. Fotografem nie jestem, jednak zawsze to więcej na stanie, niż jakiś gówniany aparacik wbudowany w telefon.
Nie mogłem oderwać wzroku. Zatracałem się w tych wszystkich kolorach: różu, błękitu, granatu, czerwieni, pomarańczy i żółci. Były one tak żywe, istny miód dla oczu. Prawie udało mi się odciąć od świata, podążyć w własną krainę złudzeń, fantazji i marzeń... i w tym momencie, brutalnie w mą psychikę wjechały owe dziewoje, niczym wirus nieuleczalnej choroby - przez uszy, ich głos wędrował po całym moim ciele, niszcząc kojącą chwilę dla krwawiącego serca.
Mimowolnie słyszałem ich rozmowę. Nie wyglądały na "tapeciary", czy "pustaki". Tym bardziej całość przybierała dla mnie nieoczekiwanej formuły:
- No mówię Ci, schlałyśmy się totalnie. A Kaśka później dwa dni rzygała.
- O jaa, że też z Wami nie poszłam!
- Ale patrz tylko jaką miała Iza sukienkę! Coś okropnego, patrz na te zdjęcia!
- A mówiłam Ci co Piotrek odjebał!? Kuuurwa, myślałam, że się posikam ze śmiechu!
- A co, a co, a co, a co!?!?
- No bo wziął tamtą i poszli tam gdzie był ten, no... no... ten i ta jego go nakryła, jak tamta mu loda robiła!
- *szok i niedowierzanie oddane jakże pięknym wdechem*
- To ona w płacz, tamta ją od suk wyzywa, ten macha ręką i mówi, żeby się odpierdoliła, że zrywa z nią, bo nie umie obciągać!
- *jeszcze większy szok i niedowierzanie*
- To tamta wybiegła z płaczem, to się towarzystwo zainteresowało, mówię Ci... jaja jak berety, bo tamta płacze, a ten ją za głowę ciągnie i mówi "co jest, kurwa, ciągnij".
- Noo widziałam to, coś okropnego... ta cała we łzach, ale bierze dalej.
- Łoo, a kto to był?
- Jak ona miała?
- Elwira? Nie znam typiary, bo ona z Adasiem przyszła.
- Jakim Adasiem?
- No ten z tej górki tam jak idziesz do tamtego.
- Aaa ten.
- No, ale jakaś szmata taka z wyglądu.
- Taka typowa lodziarnia.
- Pewnie algida na nią wołają!
- *ryk na cały przedsionek, przypominający mi, że dawno nie odwiedziłem babci na wsi... i tej jej obory*
Dialog był prowadzony o wiele, wiele dłużej. Czepiały się po kolei wszystkiego chyba czego mogły... schodziło na tematy odnośnie "co ostatnio jadłaś na obiad", "o nowa fryzura?", "a gdzie kupiłaś taki zajebiaszczy breloczek".
Stałem na rozdrożu. Z jednej strony obraz majestatu przyrody. Z drugiej zaś jej dzieci upośledzone.
e-Dzieci z Issues, były niczym igła w stogu siana. Tego tematu nie da się wyczerpać.
Jedyne co mnie boli bardzo, to fakt, że nikt nie zwraca już uwagi na tego typu zjawiska. Każdy zapatrzony jedynie w ekran telefonu, tabletu, laptopa, telewizji, monitora. Na dodatek poziom głupoty młodych ludzi wzrasta wraz z ostatnią cyferką roku urodzenia. Zdałem sobie też sprawę, że jako ten jeden z nielicznych, albo strasznie poddziadziałem, albo mój umysł jakoś poszedł w przeciwnym kierunku, kiedy to zamiast szlajać się po klubach, wolę poczytać książkę. Zamiast siedzieć przy laptopie, wolę pójść na spacer. Zamiast plotkować i opowiadać bajdy, wolę siedzieć cicho i myślami błądzić w swych skrytych pragnieniach obłoczków marzeń, które nigdy się nie ziszczą...
Rozumiem twój ból. Uczęszczam do "ostatniego przyczółku normalności" (tak nazwałeś liceum, jeśli dobrze pamiętam...) i mam ogromną przyjemność słuchania takich rozmów bardzo często. Nie mówiąc już o autobusach... Hehe. Upośledzenie postępuje i raczej nie przestanie. Przynajmniej jest śmiesznie :) A zdjęcia przecudne, mimo marnej jakości.
OdpowiedzUsuń