wtorek, 31 grudnia 2013

Sylwester

Na każdej stacji telewizyjnej, masa przypadkowych mord "celebrytów". W sklepach ruch jakby ludzie szykowali się na wojnę. Sezonowe bazarki porozstawiane z asortymentem wysokiej jakości prosto z kraju środka. Już chirurdzy na tę myśl zacierają rączki, bo oto nieuchronnie zbliża się sylwester! 

Co mnie aż tak bardzo w tym wszystkim irytuje? Po pierwsze ta nagonka, że "o nowy rok, nowe życie!". Gówno chuja warta prawda, zmienia się jedynie cyferka, a wasze życie dalej jest szare, tak jak było kilka godzin temu. Wmawianie sobie, że "w tym roku na pewno będzie lepiej" nie załatwi sprawy. Chcesz by było lepiej? - rusz dupę i zacznij zmieniać na lepsze.
Po drugie gimbusy, no chuj by ich strzelił z tymi petardami. Po dziś dzień nie wiem co jest fajnego w kawałku amunicji imitującej granat, lub inną, faktycznie, bojową rzecz. Fajnie jest przecież przemieszczać się o 17 ciemnymi uliczkami i czuć się jak na froncie wschodnim. Ale jeszcze fajniej czytać później statystyki nowo roczne o urwaniu paluszków.
Po trzecie, tej wielkiej pompy - "sylwester i nigdzie nie idziesz?!" Nie, byłem rok temu, byłem dwa lata temu i trzy lata też. W tym roku mam to w dupie, nie mam kasy, ani nastroju. "No to czeka Cie sylwester z dwójką albo polsatem" - albo z kimś bliskim w spokoju i ciszy. Przyznaj w towarzystwie, że nie masz planów na sylwestra - twoje życie towarzyskie zrównają z zerem.
Po czwarte, te zasrane kolejki, no chuj by was strzelił. Jeden dzień wolny, a zapasy na pół roku. Po co? Nie można pójść do sklepu i kupić podstawowych artykułów żywnościowych, bo jakaś gruba baba zażyczyła sobie wykupić pół sklepu. A mówią, że kryzys jest, ja się pytam, ale gdzie?
Po piąte te fajerwerki! Fajnie się ogląda, szczególnie jeśli co roku nie inwestujesz w to ani grosza, a ich coraz więcej. Ale na litość boską, pomyślał ktoś o zwierzętach? I bez gadki, że w burze też jest głośno. To porównanie jest całkowicie niestosowne i trzeba być ułomnym, by je zastosować.
I po szóste, postanowienia noworoczne... ach! "Rzucę palenie, zaoszczędzę kasy trochę, będę mniej pił, mniej się denerwował, będę zdrowszy"... bla bla bla. A i tak nikt nie wytrzyma dłużej niż tydzień. Jeśli tak na prawdę chcecie poprawić coś w swoim życiu, po co czekać aż te gówniane 365 dni minie? Po co czekać do "pierwszego", do "poniedziałku". Jeśli ma się w sobie choć trochę silnej woli, wstaje się i mówi "od teraz!".

Rok 2013 żegnam z zachwytem, bowiem nie miałem gorszego zbioru 12 miesięcy na przestrzeni całego życia. Ludzie mówią "chcesz rozśmieszyć Boga? opowiedz mu o swoich planach". Może popełniłem błąd z tym optymizmem. Pamiętam jak niemal rok temu, na początku tegoż roku, w rozmowie z przyjaciółką, gdzie opowiadaliśmy sobie o spędzonym sylwestrze i planach na nowy rok, oznajmiłem stanowczo: "to będzie mój rok!". I nagle sukcesywnie od lutego zaczęło się wszystko walić... Z początku mimo to brnąłem przed siebie, starając się choć w niewielkim ułamku spełnić swoje postanowienia, ale gówno to dało.

Z lekką nutą hipokryzji, mam nadzieję, że mimo wszystko nadchodzący rok będzie dużo lepszy. A Wam wszystkim życzę... tego samego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz