Jako oddany fan serii o biegających jaszczurkach, nie mogłem przegapić takiej gratki jak Jurassic World. W dniu premiery wybrałem się zatem do kina. Co tam zastałem lekko zmroziło moje receptory, na tyle skutecznie jednak, by napisać tę notkę, że potrzebowałem kilku dni na pozbieranie myśli. Recenzja? Opinia? Hejt? Czymkolwiek by ten wpis nie był... zapraszam:
Od czego by tu zacząć... może od tego, że byłem 12 czerwca, o 16 w kinie Moskwa (swoją drogą polecam), znajdującym się w centrum Kielc, na seansie 3D i... były tylko 3 osoby! Ja, moja dziewczyna i jakiś forever alone, który chyba prosto z gimbazy wpadł na tę sale. Widać jego kumple - o ile ich ma - woleli pójść na bloki, zajarać gibona, puszczając wieśniacko muze z telefonu, w końcu JP na 30%. Nie to, żeby mi to przeszkadzało... wręcz przeciwnie, spokój, cisza. Tylko powiedzcie sami - nie zdziwiłby Was widok niemal pustej sali kinowej w centrum (nomen omen) dużego miasta na jednej z najbardziej wyczekiwanej premierze roku na samym początku weekendu? Z ciekawości zapytałem recepcjonistkę przy wychodzeniu, że niby o co biega? Ta stwierdziła, że to pewno przez pogodę - w końcu było ponad 30 stopni. Koszmar mówię Wam...
No ale trochę zszedłem z tematu... Jako małe dziecko widziałem pierwszy raz Jurassic Park i The Lost World... miałem może z... 6, może 7 lat. Na kasecie VHS. Z angielską ścieżką dźwiękową. Nie żebym coś rozumiał, ale co ja niby miałem tam rozumieć? Liczyło się dla mnie tylko to, że tyranozaur wpierdolił właśnie jakiegoś gościa! (Jestem tylko rok młodszy od pierwszej części) ale już wtedy wiedziałem, że ten film jest dobry. Nie wiem do końca jak to się stało, no ale kiedyś w końcu obejrzałem całą trylogie z lektorem. Było to jakoś koło 2004 roku. Byłem wtedy bardzo podjarany! Uważałem trzecią część za najlepszą, wiecie... "woooow pterodaktyle i o, o... spinozaur, jaaa" - jaki ja głupi byłem. Dziś uważam, że to druga część była najlepsza, a przynajmniej mi się najbardziej podoba. Nie do końca wiem czemu ludzie aż tak po niej jadą. Poza dwoma drobnymi szczegółami, reszta mnie absolutnie przekonuje i rozkochuje. A tak bajdewej - nie czytałem książek, ale mam zamiar to nadrobić!
Po usłyszeniu, że wychodzi nowa część pomyślałem "no ja pierdole". Mam dość tego, że dzisiejsze wytwórnie odkopują klasyki sprzed dekad i zahipnotyzowani żądzą pieniądza robią rebooty, prequele, sequele, remaki, spin-offy itd szmacąc tym samym nazwy klasyków kina. To spotkało Indiane Jonesa, to spotkało Terminatora i masę innych filmowych dzieł. Czasem z gorszym, czasem z lepszym skutkiem. A jak to się ma tu?
Zacznijmy od ogółu. Historia jest tak banalna, że aż przewidywalna. Typowy schemat filmowy dla tego gatunku. Typowe też wątki, bo przecież niezbędne było wpieprzenie jakiś bachorów, dla dodania większej dramaturgi sytuacji, oczywiście na tle problemu rozpadającej się rodziny, oraz przelotnego romansu gdzieś unoszącego się w powietrzu. No nie dało się inaczej. Oczywiście też, jako głównego bohatera trzeba było dać największego rozpierdalatora we wszechświecie, który w chwilach wolnych od ratowania galaktyki, tresuje... raptory, taki z niego kurwa kozak! Aczkolwiek... nie żebym spodziewał się czegoś... ambitniejszego, lecz miło by było.
Nie ma co się czepiać w sumie obsady, bo jak czytam, że byli brani pod uwagę Jason Statham czy Kristen Stewart, albo Harrison Ford, który rzekomo nawet brał udział w zdjęciach, ale się rozmyślił, to bogu dziękuję, że jednak mamy Pratta i Howard. Nie to, żebym nie lubił jednarolawewszystkichfilmach Stathama, czy Forda, który po prostu wydaje mi się za stary jak na taką postać... Tak, Stewart nie lubię. Ale gra aktorska nie zachwyca. Pratt genialnie, chociaż identycznego można go zobaczyć w Strażnicy Galaktyki. Howard już trochę gorzej, ale daje radę. No ale te dzieciaki... litości! Tak sztucznej, nędznej i jednocześnie wkurwiającej gry aktorskiej nie widziałem przy tak sztucznych, stereotypowych i wkurwiających postaciach. Reszty nawet nie wymieniam, bowiem tutaj mamy taki podział: postacie pierwszoplanowe - dinozaury - postacie sytuacyjne - dinozaury - murzyn i sekretarka do zjedzenia - dinozaury - osoby mające umrzeć - statyści - małe dinozaury... a no i była jeszcze rozsypująca się rodzinka bachorów... gdzieś, między scenami pożerania statystów a ucieczką bohaterów.
Technicznie nie jest źle, wręcz bardzo dobrze. Zdjęcia i montaż dobre. Muzyka średniawa, a momentami wręcz głupia, jedynie motyw z pierwszej części był wart uwagi. Klimat taki nijaki. W jedynce panowała surowość, w dwójce mrok, w trójce tajemniczość... a tu... chuj wie. Tempo akcji momentami przynudza, momentami napierdala jak popcorn w mikrofali. Nie ma tu jakiegoś budowania napięcia, jest prosto: statycznie lub dynamicznie. Drażni mnie natomiast ciągłe i ciągłe wpieprzanie animacji. Wiem, że przy takiej produkcji roboty by nie dawały rady, bo za dużo się dzieje, za bardzo wszystko zwinne. Ale była maaaasa scen, gdzie można było wcisnąć te maszyny. To nie. Jebniem komputerowo, na chuj się pierdolić? Według mnie animacja było średnia... lepsza niż w trójce, ale jedynka i dwójka bije ją na głowę. Nielogiczne, by film który powstał ponad 20 lat temu miał lepszą animacje!
Podoba mi się, że nie zapomnieli o prologu, ale intro, w sensie te późniejsze sceny po prologu... no kurwa, pierwsza, początkowa faza filmu jest tak kurwa nudna. Nie wiem w sumie czym to jest spowodowane... może tymi bachorami? Generalnie dzieje się coś, ale nikogo to nie obchodzi. Wprowadzenie w historie jest najgorszym jakie widziałem od lat. Właściwa akcja (dosłownym znaczeniu tego słowa) zaczyna się gdy kozacko widzimy... spierdalającą świnię w wybiegu velociraptorów. Sssspoko - jeszcze do tego wrócę. Środek jest naprawdę dobry i z każdą kolejną sceną podbijał u mnie ocenę filmu w górę... Ale ta końcówka... boże. Gdy to zobaczyłem, facepalm był mimowolny. Ten... dino battle. Serio? Kozackie było starcie Velociraptory vs Hybryda (i-rex i rozwinięcie tego skrótu to tak chujowe nazwy, że sobie daruję). Kozackie było wypuszczenie Tyranozaura a następnie vs Hybryda. Przełknąłem jakoś to wejście Blue, które wyglądało bardziej komicznie niż kozacko... ale wyskoczenie tego wielkiego morskiego skurwysyna i wpierdolenie hybrydy a następnie baardzo wymowne spojrzenie na siebie dinusiów, było po prostu głupie! Serio, przywykłem tego typu akcje oglądać w jakiś filmach akcji typu Transformers, czy właśnie ze Stathamem. Odkrywanie nowych lądów i bla bla... nie. Po prostu nie kupuje tego. Tych zwolnionych ujęć. Tych kozackich wejść. Rozpierdalania szkieletu Spinozaura (że niby rewanż z trójki - ta jasne). Tego, że wszyscy na jednego! NIE! To wygląda jakby tę ultra epicką walkę rozpisywało dziecko 5letnie. Takie typowe, co drugim film prezentuje nam takie starcia, tylko zamiast ludzi, tu widzimy gady. Ostatnia scena, gdzie królowa wlazła na górę tylko po to by dać głos - swoją drogą, szkoda, że nie zaznaczyli jakoś, iż to ta sam z jedynki - też nijaka. Nawiązanie do jedynki, jasne... ale... może to właśnie przez tę animacje? Nie wiem, nic nie poczułem.
Przez cały film przejawia się maasa błędów logicznych. Zapewne nie spiszę tu każdego, bo zwyczajnie nie przypomnę sobie wszystkich, ale powiedzcie mi proszę jakim cudem ten młody smark odpalił zapałki, gdzie chwilę przedtem zeskoczył z wodospadu? Skąd Owen miał kawałek hybrydy, by dać trop ekipie Blue? Może mi coś umknęło, ale nie przypominam sobie, by lazł tam gdzie była wysłana na początku ekipa wojaków... z paralizatorami - żeż ja pierdole. Dlaczego ta świnia jest wstanie spierdolić 4! Velociraptorom, a potem ktoś nas informuje, że te dwunogie jaszczurki potrafią biegać od 60 do nawet 80km na h?! Dlaczego one są w jakiś... kurwa nie wiem co to było, kagańcach? Za drugim razem jeszcze rozumiem, spoko - zakładali im obroże, musieli jakoś je unieruchomić. Ale za pierwszym razem? Po co!? Tylko po to, by je murzyn pogłaskał? A tak swoją drogą... jak on do cholery z tego lasu wrócił? Ja wiem, że było ciemno, a on jest czarny, no ale heloł... dookoła latają dinozaury i zabijają wszystko co się rusza. Nie sądzę, by tym razem jego karnacja mu pomogła i przeszedłby tak sobie spokojnie wśród nich niezauważony. Swoją drogą, niezłą fuchę podłapał po tym jak skończył opiekować się starym, bogatym inwalidą (a tak serio, fajnie było usłyszeć po raz pierwszy jego mówiącego po angielsku - trzeci dopiero film z nim widziałem). I przede wszystkim... hybryda zjadła swego brata, zabijała później wszystko by odnaleźć swoje miejsce w łańcuchu pokarmowym, ale z ekipą Blue się jakoś dogadała. Wiem, chciano podkreślić jak bardzo brutalna jest ta bestia, więc powiedziano, że zjadła rodzeństwo. Wiem, chciano nas zaskoczyć i powiedzieć: "boom! tyranozaur z velociraptorem dziwko!" - bo kto by mógł się tego spodziewać, że skrzyżują dwa najpopularniejsze dinozaury akurat, szok! - i dobrze, bo wyszło lepiej, niż jakby nam Wu od razu powiedział z jakimi genami się tam bawili. Ale dzięki temu mamy kolejny błąd... bo oto hybryda dogaduje się z dinozaurami, z którymi łączy ją mniej niż 49% genów, ale z bratem, który pewnie był identyczny, to już nie. W sumie, to nawet życiowe jest... Albo ten szczeniak przemądrzały. Skąd on kurwa wiedział ile Hybryda ma zębów?! Policzył, gdy ta próbowała go wpierdolić jak jeździł w tej kuli? Swoją drogą, czemu te kule nie miały autopilota, by właśnie w czasie zagrożenia automatycznie wróciły do bazy, a nie "ooo, ktoś nas nie posłuchał. No to musimy po niego pojechać". A wracając do szczeniaka - może jakieś nawiązanie do Tima z jedynki? Nie wiem, ale on zdecydowanie za bardzo się chwalił, że jest najmądrzejszy we wszystkim... Dlaczego ta hybryda była niezniszczalna? Napierdalali wszystkim jak się da w nią, a ona nic sobie nie robiła z tego... ba, dostała z bazooki... moździerza... whatever, wstała i zabijała dalej! Co do... A tak apropo, z tej samej broni rozjebano jednego raptora, aż odrzuciło (i to całkiem sporo) Owena. Chuj. Wstał, otrzepał się z kurzy, wsiadł na motor i uratował swego czarnoskórego kumpla! Tak realistyczne jak bieganie głównej bohaterki przez cały film w szpilkach. Jeszcze w centrum parku pod koniec spoko, ale kurwa po lesie?
I masa innych błędów, ale kończąc już ten przydługi wpis: na plus zdecydowanie nowi bohaterowie i nowe atrakcje w parku (nie chciałbym znów siwego Granda skaczącego przez ogrodzenie). Na ogromny plus nawiązania do poprzednich części. Kolejnym plusem była bardziej, choć i tak szczątkowo, rozbudowana postać Dr. Wu. Plusem dla mnie też było nie pokazywanie przez cały film Tyranozaura, by na końcu zrobić kozacką scenę jego wyjścia z wybiegu, choć jak wspomniałem, szkoda, że nie powiedzieli o tym, że ona żyje na tej wyspie od ponad 20 lat. Po trailerach byłem mocno przerażony jak wielki chłam może z tego wyjść. Najbardziej oczywiście niepokoiło mnie to, co pewnie najwięcej osób - tresura raptorów! Ale cholernie dobrze to pokazali i jest to ogromny plus dla filmu. I największy plus za Lowerego!
Widzę tu dużo nawiązań, mało bądź co bądź powielań z pierwszej części. Niektórzy mówią, że jest jakby odbita przez kalkę - nie wiem gdzie, chyba oglądaliśmy inny film. Jestem wstanie wybaczyć nawet tę hybrydę i wyjątkowo słabe wprowadzenie, ale po tak dobrym rozwinięciu, końcówki nigdy nie wybaczę! Gdy już dostaliśmy właściwą akcje filmu, historia naprawdę dobrze się zapowiadała, była logiczna, zamknięta i spójna ze wszystkim, ale przez niedopatrzenie wdało się zdecydowanie zbyt dużo błędów.
Film oceniam na 7/10. Uważam, że ta część była totalnie nie potrzebna, ale cóż... stało się. Grunt, że trzyma poziom, ale całościowo stoi u mnie na równi z głupią, naiwną i niedorzeczną trójką. Skok na kasę widoczny, ale powstała to trudno - nie żałuję tych dwóch godzin w kinie. Dobrze, że autorzy sami dostrzegają tę komercje, dzięki czemu dostajemy scenę z piękną satyrą, właśnie z Lowerm. Pytanie czy to było oczko puszczone do fanów, pstryczek w nos producentom, czy autotyrada? A może wszystko na raz?
Obawiam się, że będą jeszcze kolejne części, bo już takie plotki chodzą... wolałbym zdecydowanie by nie powstały. Ale kogo ja oszukuję - na pewno się pojawią, po takim sukcesie jaki odniósł Jurassic World!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz