Zimna wojna czyli najnowsze dziecko Pawła Pawlikowskiego, które zapewniło mu złotą palmę w Cannes w kategorii: najlepszy reżyser. Można by rzec "słowiańska wersja Romea i Julii".
Przyznaję, że porównanie lekko na wyrost. Mało bowiem tu dramatyzmu i miłości, która zrodziła się w bólach wojny domowej i musiała się wznieść ponad to. Otrzymaliśmy raczej stonowaną wersje Idy. Po pięcioletniej przerwie Pawlikowski znów raczy nas tymi samymi chwytami: czarno biały obraz w formacie 4:3 z dziwnie skadrowanymi zdjęciami i muzyką przebijającą się na pierwszy plan.
Dlaczego zatem stonowana? Mniej tu metafor zaakcentowanych obrazem. Dużo więcej płynnych ruchów kamery, niżeli statycznych ujęć. Zdecydowanie mniej dziwnie, wręcz nieszablonowo, technicznie niepoprawnych skadrowanych ujęć. I co najważniejsze... dużo więcej dialogów, które były w końcu na jednakowym poziomie głośności z muzyką i efektami. I choć zabrzmi to zbyt drastycznie, nie ciężko odnieść wrażenie, jakoby Pawlikowski chciał stworzyć film amatorsko ambitny. O ile w Idzie ta pompatyczność była rażąco kująca, tak Zimna wojna jest w tym wydaniu bardziej przystępna. I zapewne o to chodziło - by film przyciągnął rzesze niedzielnych widzów, którzy poczują się bardziej dowartościowani. Bo w końcu oglądają ambitne kino... bo jest czarno białe. Tyle wystarczy. Nie ma efektu "wow", historia zrozumiana przez każdego, a i tematyka na tyle uniwersalna, nie bijąca się z ambicjami narodowościowymi, że nie pozostaje nic innego jak rozsiąść się wygodnie w fotelu i pochłaniać treść której nie da się nie zrozumieć.
Chciałbym ocenić film jako autonomiczne dzieło, ale przez praktycznie taką samą stylistykę, nie da się nie wpaść w pułapkę porównywań do Idy. Dlatego nawet nie próbuję tego unikać. Bo to właśnie zdobywczyni Oscara, najbardziej zarzucano "niezrozumiałość" i "przerostu formy nad treścią". Oczywiście jeśli pominiemy całkowicie bezzasadne oskarżenia o antypolski wydźwięk filmu. Zimna wojna chyba miała być takim odkupieniem. Nie tylko wśród widowni, która do poprzedniczki podeszła zbyt politycznie, ale właśnie wśród tych zwykłych, szarych widzów.
Przyznać jednak należy, że zdjęcia momentami są fenomenalne. Plastycznie wspaniałe, nadające odpowiedniego tonu. I nie wyobrażam sobie ich inaczej niż w formacie 4:3 i monochromii. Bo są czymś więcej, częścią składową całego filmu, niż jedynie chwytem na rozpoznawalność i efekciarskim zabiegiem niekonwencjonalnym. Muzyka idealnie przeplata się z scenami. Nigdy nie widziałem jeszcze tak fantastycznie pokazanej muzyki ludowej, która faktycznie urzeka a nie odstrasza i powoduje uczucie wbijania tępych ołówków w bębenki uszne. A wprowadzająca scena, gry na Kozie przez chłopa, oddająca co będzie drugorzędnym MacGuffinem filmu, od razu przykuwa uwagę widza.
Aktorsko oczywiście na dobrym poziomie, bo czego innego możemy się spodziewać widząc takie nazwiska jak Kot, Kulesza czy Kulig. Nawet Borys Szyc przestaje być Borysem Szycem i gra na przyzwoitym poziomie. Jedyna rzecz jaka pozostała bez całkowitej zmiany od czasów Idy to przejścia, a raczej ich brak, pomiędzy scenami. Sceny dosłownie się urywają i przechodzą w następne, jakby montażysta wziął szpule filmową, randomowo ją sobie pociął nożyczkami, a potem posklejał wedle uznania. Wybijający z rytmu, a niekiedy wręcz drażniący zabieg.
No i pozostaje fabuła... Osobiście tytuł "Zimna wojna", po seansie, odnoszę do walk między uczuciami zakochanych. On - ideowiec, pogrążony po uszy w swoim uczuciu, przez co naiwny i auto destruktywny. Ona - nie do końca wiedząca czego chce, kariery, miłości, czy może jednak zwyczajnego bycia. Lecz czy na pewno? Swoimi uczynkami udowodnią niejednokrotnie, że nie wszystko jest czarno białe, a odcienie szarości przeplatające się przez życie, sprawią, iż chwilami zamienią się obozami, by ostatecznie i tak wszystko przegrać. A może wygrać? To jedno z tych otwartych zakończeń, gdzie widz sam musi sobie, według własnej moralności odpowiedzieć... co tak na prawdę było dobre, a co jedynie mirażem dobra.
Nie zmienia to faktu, że jak w każdej tego typu historii, streścić ją można do zdania: "Wszystko byłoby ok, gdyby główni bohaterowie używali mózgu i nie tworzyli sami sobie problemów".
Wciąż uważam, że największy konkurent Idy - Lewiatan, bardziej zasługiwał na Oscara. Jeśli jednak Zimna wojna stanęła naprzeciw rosyjskiej produkcji w 2013 roku, wybór nie byłby już tak oczywisty. Zdecydowanie warto poświecić półtora godziny swojego życia, jeśli chcecie obejrzeć coś dobrze już znanego, w nowej, retro stylistyce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz